PL EN
MARCELINA ROZMUS-PRINZ

Marcelina Rozmus-Prinz - dobry rocznik 87', urodzona w Starogardzie Gdańskim, trzecia w kolejności, zaraz po Danieli i Kamilu. Od prawie 30 lat rodzina Rozmus poszukuje na niebie planety, z której Marcelinę zesłali kosmici. Do dziś nie wiadomo nawet czy to w ogóle układ słoneczny. Prawdę mówiąc, wcale nie trzeba Marceliny dobrze poznać, by ją dobrze poznać, bo od pierwszej chwili zdobywa serce szczerością i naturalnością. Przypuszcza się, że najgorzej wypada w zapamiętywaniu godzin i dat, najlepiej zaś w budowaniu imperium torebek szytych na zamówienie ;) Gdyby organizowano mistrzostwa świata w gubieniu tego i tamtego, zapewne biłaby rekord za rekordem.

Marcelina to założycielka MANOWNI. Kilka lat temu postawiła śmiałą tezę, że każdy biznes wypali. Wystarczy tylko robić coś albo lepiej, albo inaczej niż reszta świata. Potem wszystko już tylko kula się z górki, bo nie masz konkurencji. A jeśli nawet ktoś depcze Ci po piętach, to wcale nie znaczy, że do nich dorasta.

Wszystkie lata szkolne upłynęły Marcelinie pod znakiem sztuki. Teatry, orkiestry, zespoły rockowe, chóry i kabarety. Później Studia Dziennikarskie na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim i specjalizacja PR i Reklama na Uniwerku Gdańskim, które dały dobry fundament pod przyszłe wyzwania zawodowe. 

Największą pasją, uzależnieniem i przyjemnością jest dla Marceliny prowadzenie własnej firmy, kierowanie zespołem i wspieranie go w realizacji wspólnych celów. Jednocześnie największą miłością i powerem do życia jest dla niej rodzina. Praca i życie prywatne splatają się w jedną spójną całość, która wszak niejednokrotnie rozsypałaby się na drobne kawałeczki, gdyby nie najbliższy jej sercu, Łuki.

Kim są Twoje klientki? Czy można określić jakiś przedział wiekowy, branże, w których pracują, a może cechy charakteru?

To na pewno kobiety, które podzielają mój gust – to w pierwszym rzędzie. Można powiedzieć, że każdy produkt w naszej ofercie to wypadkowa upodobań moich, jako projektantki, i klientów – jako współtwórców. Słucham każdej sugestii i wciąż zmieniam produkty, bo odbiorcy są bardzo wymagający. Na przestrzeni ostatnich lat ukształtował się w mojej głowie pewien obraz i wydaje mi się, że co najmniej połowa z moich odbiorców to prawdziwe indywidualności – dojrzałe dziewczyny poszukujące niezwykłych rozwiązań, osoby, które nie zadowolą się czymkolwiek. Potrafią długo zastanawiać się nad zakupem, długo dobierać do siebie części składowe torebki. To świadczy o ich charakterze, że stronią od bylejakości nie tylko w otaczających je przedmiotach, ale zapewne też w życiu. Ponadto klientki MANA MANA to osoby o wyjątkowej i barwnej osobowości, ochoczo korzystające z możliwości, jakie daje moja równie kolorowa marka.

Jaka jest Twoja rola w tej firmie?

Firma kiedyś była jednoosobowa, zatem jak łatwo się domyślić, przeszłam po kolei po każdym stanowisku. Jeśli firma dzieli się na kilka działów, to można powiedzieć, że na początku byłam chyba ośmiornicą [śmiech – red.]. Doprawdy ciężko mi to sobie wyobrazić, jak udawało mi się robić tyle rzeczy na raz. Cały proces można opisać w kilku krokach układających się w kształt okręgu. Najpierw jest pomysł na produkt, później opracowanie formy, wykrojenie, haftowanie i szycie. Drugi dział – wykończeniowo-kaletniczy, przeobraża surowo uszytą bryłę w funkcjonalną już rzecz, dodając uchwyty, paski, zapięcia, metalowe regulatory długości, coś dokleja, coś doczepia, coś przycina, docina i produkt można uznać za gotowy. Później przychodzi pora na dział graficzny, który musi produkt ładnie pokazać na zdjęciu, w dobrym ujęciu, może również w zestawieniu i w komplecie z innym, może w plenerze, może w przyciemnionym atelier na białym tle? Pomysłów muszę mieć na to mnóstwo. Gdy „portret” będzie gotowy – pałeczkę przejmuje biuro obsługi zamówień i tworzy opisy, dokładnie mierzy każdy detal w produkcie i wystawia go do oferty. Po krótkiej chwili klientki oczywiście rzucają się na nowość [śmiech – red.]. I spływają zamówienia. Wówczas dział obsługi klienta konsultuje ewentualne modyfikacje, dobór kolorów, haftowaną dedykację wewnątrz torebki i finalizuje zamówienie indywidualnie lub bez modyfikacji, takim jakim jest, już gotowe.

Na początku drogi MANA MANA było w każdym z tych działów skazane na mnie samą. Ale jakim cudem zamówienia udawało się realizować? Lepiej nie pytać [śmiech – red.]. Była w tych wszystkich procesach tylko jedna, maciupka rzecz, której nie potrafiłam robić, i nadal nie potrafię, więc zawsze towarzyszyła mi asysta w postaci krawcowej – szycie! Z pozoru najważniejsze, ale jak się okazuje, w praktyce najmniej istotne w tym, by stać się specem od toreb, prawda?

W tej chwili bardzo dużo czasu zjadają mi sprawy formalne, papiery dotyczące pracowników. Mimo że mam świetne biuro księgowo-kadrowe, to na przedsiębiorcy spoczywa ogromnie dużo obowiązków dopilnowania wielu papierów. Oprócz tego tworzę strategię działania, wyznaczam główne cele, pomagam także czasami w każdym dziale, gdy ktoś zachoruje, zwyczajnie podwijam rękawy i wycinam, nituję, haftuję, wybijam dziury – w końcu kiedyś sama tego nauczyłam moich ludzi. Dbam o zasoby zarówno ludzkie, jak i materiałowe, tworzę plan działania promocji marki stacjonarnie, czyli jakby scenariusz występów wyjazdowych na targi zagraniczne i w kraju. Od czasu do czasu zajmuję się też obsługą klienta, bo to bardzo miłe, a zarazem pouczające doświadczenie.

Pracownię traktuję jak swój dom, więc zajmuję się pielęgnowaniem każdego jej zakątka – zarówno fizycznie, jak i duchowo. Nie tylko zamiotę tu i tam, zainwestuję w nowe maszyny, remonty, oświetlenie, ale także po prostu jestem. Służę swoją obecnością i radą, oparciem, zawsze chętnie wysłucham i daję z siebie jak najwięcej. Zespół widzi, że wszyscy razem ciężko pracujemy na wizerunek i pozycję marki – dlatego im też zwyczajnie zależy.


Jaką jesteś projektantką i szefową, a co najważniejsze – jakim typem kobiety jesteś?

W takim pędzie spraw i wyzwań człowiek się nie zastanawia nad sobą, ciężko o jakąkolwiek refleksję, gdy wszystko idzie dobrze. Dopiero gdy sprawy nie układają się tak jak chcieliśmy, zaczynamy analizować. Na szczęście, nie przytrafiło się nic złego, ale wciąż jestem czujna. Wiem, że jako szefowa jestem osobą nawet do zniesienia, jednak bardzo szybko potrafię się zorientować, gdy ktoś nadużywa mojej dobrej woli. Nie kończy się to zazwyczaj dobrze dla tej osoby. Po kilku latach nabrałam doświadczenia w temacie i nie przekraczam już pewnych granic pobłażliwości jak dawniej. Nie mam żadnych konfliktów z zespołem – dużo rozmawiamy i wszelkie wątpliwości rozwiewamy na starcie. Każda nowa osoba klimatyzuje się u nas szybko, dzięki naprawdę bardzo przyjaznemu podejściu osób z dłuższym stażem. Jestem ogromnie dumna z moich ludzi. Tęsknię za nimi, gdy mam urlop i lubię poniedziałki [śmiech – red.].


źródło
fragment wywiadu pochodzi z magazynu dla kobiet Mademoiselle: http://magazynkobiet.pl/sperso...


Koszyk

Suma: 0.00 PLN