Jak powstała Mana Mana? Historia o czerwonej torebce, hafciarce i pracy, która wymknęła się spod kontroli

Jak powstała Mana Mana?

Historia o czerwonej torebce, hafciarce, mamie, kocie i pracy, która trochę przypadkiem stała się marką.

Cześć, jestem Marcelina Rozmus-Prinz — to ja stworzyłam Mana Mana.Dzisiaj Mana Mana to pracownia w Gdyni, zespół kobiet, tysiące uszytych torebek, klientki z całej Polski, kreator online, personalizacje, krótkie serie i punkt stacjonarny w Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym. Ale początki wcale nie wyglądały jak plan na firmę z torebkami. Właściwie… wszystko zaczęło się trochę przypadkiem.

To nie miała być marka torebek

Na początku wcale nie myślałam o tym, że będę projektować torby i plecaki. Chciałam bawić się haftem. Chciałam tworzyć rzeczy z haftem cyfrowym: ubrania, ręczniki, skarpetki, dodatki, drobne prezenty. Fascynowało mnie to, że można zaprojektować wzór, przenieść go na materiał i nagle zwykła rzecz staje się czymś osobistym. Dostałam od rodziców maszynę hafciarską. To był jeden z tych prezentów, które naprawdę zmieniają życie — choć wtedy jeszcze nikt z nas nie wiedział, jak bardzo. Ta maszyna jest z nami do dziś. Codziennie haftuje Wasze personalizacje w torebkach: imiona, inicjały, krótkie napisy i symbole. To trochę niesamowite, że sprzęt, od którego wszystko się zaczęło, nadal pracuje w naszej firmie i nadal jest częścią tej historii.

Tylko że kilkanaście lat temu nie było tak łatwo nauczyć się technologii haftu cyfrowego. Nie było tylu kursów, tutoriali, szkoleń i gotowych instrukcji. Uczyłam się sama — metodą prób, błędów, prucia, poprawiania i testowania na wszystkim, co wpadło mi w ręce.

Czerwona filcowa torebka, czyli moment, w którym wszystko się zaczęło

Haftowałam wtedy na czerwonym filcu ludowe wzory kociewskie. Zostały mi kawałki materiału, które odrzuciłam — takie próbki, resztki, fragmenty, które dla mnie były już „po testach”. I wtedy moja mama zrobiła coś, co uruchomiło całą lawinę. Podkradła mi kawałek tego czerwonego filcu i na swoim starym domowym Łuczniku — tym samym, na którym przez lata przerabiała dla mnie ubrania — uszyła torebkę. Miała jakiś wykrój od znajomej, zdobyty dawno, dawno temu. Zrobiła ją tak po prostu, z ciekawości, z materiału, który ja uznałam za odpad.

I ta torebka była przepiękna. Pamiętam ten moment bardzo wyraźnie. Jakby w głowie otworzyła mi się jakaś nowa szuflada. Nagle zobaczyłam nie tylko haft, nie tylko materiał, nie tylko pojedynczą rzecz. Zobaczyłam możliwość. Sfotografowałam tę torebkę i wrzuciłam zdjęcie na Facebooka. Ktoś ze znajomych od razu chciał ją kupić. I wtedy pomyślałam: dobra, zróbmy więcej. Tak naprawdę od tej jednej czerwonej filcowej torebki zaczęła się Mana Mana.

Pracownia w domu, haft nocą i sny w rytmie maszyny

Na początku nie było pracowni, zespołu ani sklepu. Była wynajęta kawalerka. Była hafciarka. Były materiały wysypujące się z każdego kąta. Były wykroje, które woziłam po kilkadziesiąt kilometrów do krawcowej szyjącej u siebie w domu. Potem odbierałam gotowe torby, wykańczałam je sama, haftowałam, pakowałam i odpisywałam klientkom Wszystko działo się w 32 metrowej kawalerce. Hafciarka pracowała często całą noc. Mój mąż pomagał mi przy haftach. Spaliśmy w jednym pokoju, a maszyna pracowała nad głową. Dosłownie – budziłam się w nocy i jednym okiem zmieniałam nici. Po jakimś czasie miałam nawet sny w rytmie hafciarki – ten dźwięk był z nami dosłownie dzień i noc. Mój mąż odszedł ze swojej pracy, żeby pomóc mi rozwijać firmę. To nie była historia o wielkim starcie, dużym budżecie i gotowym biznesplanie. To była historia o ogromnej pracy, ogromnym entuzjazmie i codziennym kombinowaniu, jak zrobić kolejny krok.

Kot, nić hafciarska i decyzja, że czas wyprowadzić firmę z domu

Moment przełomowy przyszedł w sposób, którego nigdy bym sobie nie wymyśliła Pewnego dnia mój kot bardzo źle się poczuł. Po operacji okazało się, że lekarze wyjęli z jego jelit nić hafciarską. Potraktowałam to przykre zdarzenie jak znak. Nie symboliczny. Bardzo konkretny, mocny i bolesny znak, że nie mogę dalej prowadzić całej pracowni w mieszkaniu. Że firma musi wyjść z domu. Że muszę wynająć lokal, stworzyć normalną przestrzeń do pracy i przestać spać na wykrojach. To był moment, w którym zrozumiałam, że jeśli Mana Mana ma naprawdę istnieć, to potrzebuje swojego miejsca. Znowu pomogli mi rodzice. Tata i mama pożyczyli mi kasę na start, żebym mogła ruszyć z pierwszym punktem stacjonarnym.

Pierwsza pracownia: Gdynia, ulica Zgoda 11

Pierwsza pracownia mieściła się w Gdyni przy ulicy Zgoda 11. Z pomocą przyjaciół i rodziny wyremontowaliśmy i urządziliśmy maluteńki butik z jeszcze mniejszą pracownią na zapleczu. To było naprawdę maleńkie miejsce. Mieścił się tam właściwie jeden za krótki do belek materiałów stół i jedna maszyna. Ale dla mnie to było coś ogromnego. Pierwszy prawdziwy lokal. Pierwsze miejsce, do którego mogłam zaprosić klientki. Coś jak marzenie każdej małej dziewczynki o sprzedawaniu w swoim sklepiku. Pierwszy krok w stronę firmy, która nie działa już między kuchnią, łóżkiem i materiałami poupychanymi w mieszkaniu.

Na początku nadal większość rzeczy robiłam sama. Dalej woziłam wykroje do szycia, odbierałam torby, wykańczałam, haftowałam i rozmawiałam z klientkami. Ogarniałam zaopatrzenie, reklamę, finanse. Ale w pewnym momencie wiedziałam, że sama już tego nie udźwignę. Musiałam zatrudnić pierwszą osobę. Czułam, że to da nam kolejnego kopa do rozwoju.

Edzia, czyli pierwszy pracownik i bilet w jedną stronę

Zatrudnienie pierwszej osoby było dla mnie wielką decyzją. Wiedziałam, że kiedy już to zrobię, nie będzie odwrotu. Że pensja tej osoby będzie moją odpowiedzialnością. Że będę musiała zdobywać zlecenia, rozwijać firmę, szukać klientek i pilnować sprzedaży. Że to nie będzie już tylko moje twórcze działanie, ale prawdziwy biznes. Wtedy przyszła do mnie Edzia.

Edyta jest ze mną do dziś.

Klientki mogły ją poznać podczas dni otwartych, zobaczyć na zdjęciach, filmach i relacjach z pracowni. Jest jedną z tych osób, które tworzyły
Mana Mana od środka – od codziennego szycia, prób, błędów, rozmów i setek nietypowych zamówień. Na początku nie było żadnej standaryzacji, jaką mamy dzisiaj. Klientki mogły wymyślać prawie wszystko, a my próbowałyśmy to zrealizować. Powstawały różne dziwolągi, eksperymenty i modele, które były bardziej marzeniem konkretnej osoby niż produktem, który w ogóle da się powtórzyć. Do Mana Mana przychodziło się wtedy trochę jak do miejsca, w którym spełnia się torebkowe zachcianki. Biznesowo – równia pochyła do plajty, ale inwestowałam każdy grosz w kolejne kroki i jakoś szło!

Dzisiaj działamy inaczej. Mamy standardy, sprawdzone modele, dopracowane konstrukcje i konkretny proces. Nadal można personalizować torby, ale służy do tego nowoczesny kreator online, który pozwala wybierać materiały, kolory i dodatki w uporządkowany sposób. Na ten kreator odkładałam pieniądze przez lata. Stworzenie go pochłonęło ponad sto tysiecy zł. Dziś jest jednym z naszych największych wyróżników. Ale haft? Haft nadal robimy na tej samej maszynie, od której wszystko się zaczęło. Ta hfciarka była moją wędką, którą łowiłam swoje marzenia.

Od małego lokalu do pracowni w Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym

Przez lata zmienialiśmy pracownie kilka razy. Każda przeprowadzka była ogromnym wysiłkiem: finansowym, organizacyjnym i emocjonalnym. Maszyny, materiały, stoły, wykroje, półki, zamówienia, zespół — wszystko trzeba było przenieść, poukładać od nowa i dalej działać. Dzisiaj jesteśmy w Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym w Gdyni. Mamy piękne, duże, szklane witryny. Mamy przestrzeń, do której można wejść, zobaczyć torby, spotkać nas i poczuć klimat pracowni. Odwiedzają nas klientki lokalne, ale też osoby z innych miast, które przy okazji pobytu w Trójmieście traktują Mana Mana jako jeden z punktów swojej wycieczki. To jest dla mnie bardzo wzruszające.

Bo pamiętam tę pierwszą czerwoną filcową torebkę. Pamiętam kawalerkę. Pamiętam hafciarkę pracującą nocą. Pamiętam lęk przed zatrudnieniem pierwszej osoby. I widzę, gdzie jesteśmy dzisiaj. Widzę mojego męża – Łukiego, który zawsze stoi przy mnie i w największe życiowe „błoto” rozkłada przede mną dywan, bym mogła przejść suchą stopą.

Mana Mana nie tylko w onlinie!

Dziś Mana Mana to oczywiście torby, plecaki i nerki. Ale to także relacje z klientkami, dni otwarte, warsztaty, spotkania, rozmowy i pokazywanie tego, jak naprawdę wygląda praca w małej marce. Organizujemy wydarzenia stacjonarne, żeby zapraszać Was do naszej pracowni. Chcemy, żebyście mogły zobaczyć, gdzie powstają Wasze torby, kto je szyje, jak wygląda proces i ile pracy kryje się za gotowym produktem.

Ostatnio odkryłam też paracord – sznurek, z którego można tworzyć piękne, praktyczne rzeczy. Wymyśliłam warsztaty z zaplatania torebek i uchwytów, a pierwsze tury biletów rozeszły się błyskawicznie. To pokazało mi, że ludzie nadal chcą doświadczać rzemiosła, dotykać materiałów, tworzyć coś własnymi rękami i być bliżej procesu.

Co dalej?

Dzisiaj prowadzę Mana Mana z większą świadomością niż kiedyś. Wiem, że sama kreatywność nie wystarczy. Firma musi być rentowna. Produkty muszą mieć sens nie tylko estetycznie, ale też biznesowo. Zespół musi mieć dobre warunki pracy. Klientki muszą dostawać rzeczy piękne, trwałe i dobrze zaprojektowane. Dlatego rozwijamy się ostrożnie. Zostawiamy w firmie najważniejszy, najbardziej zżyty zespół, a część powtarzalnej produkcji realizujemy we współpracy z zaprzyjaźnionymi szwalniami, które szyją dla nas krótkie serie.

Nie chcę masowości. Chcę mądrego rozwoju. Chcę, żeby Mana Mana nadal była świeża, kreatywna i bliska ludziom. Żeby nasze klientki czuły, że za torbą stoi nie anonimowy koncern, ale konkretna historia, konkretne osoby i konkretne ręce. Marzę też o tym, żeby Mana Mana mocniej wyszła za granicę. Spokojnie, ostrożnie, bez rzucania się na oślep – ale z wiarą, że polskie rzemiosło, dobre wzornictwo i personalizacja mają szansę zachwycić nie tylko w Polsce. Chciałabym też zbudować własny, stacjonarny zespół marketingowy. Wiem jednak, że kolejny etap rozwoju to mądre dzielenie się zadaniami i budowanie marki nie tylko rękami, ale też spokojem.

Dlaczego opowiadam tę historię?

Bo Mana Mana nie powstała z kalkulacji. Powstała z haftu, czerwonego filcu, mamy szyjącej na starym Łuczniku, rodziców, którzy we mnie zawsze wierzyli, męża, który pomagał nocami haftować, kota, który  iechcący zmusił mnie do dorosłej decyzji, pierwszej krawcowej, pierwszej pracowni i ogromnej ilości prób.

Powstała z przypadku, ale trwa dzięki żmudnej ciężkiej pracy. I chyba właśnie dlatego jest taka moja.

Marcelina
założycielka Mana Mana

Poznaj Mana Mana bliżej

Możesz odwiedzić naszą pracownię w Gdyni, zobaczyć gotowe modele
albo stworzyć swoją własną torbę w kreatorze.

Stwórz swoją torbę
Zobacz gotowe modele
Odwiedź nas w Gdyni

Skontaktuj się z nami

Infolinia: (7:00 – 15:00)

+48 698 615 162

+48 783 469 702

czesc@manashop.pl

Lub napisz przez formularz kontaktowy.

Adres pracowni oraz sklepu:

Mana Mana

Pomorski Park Naukowo-Technologiczny

Gdynia, 81-451; Al. Zwycięstwa 96/98, Budynek IV, lok. F0.14

 

Godziny otwarcia:

poniedziałek-piątek: 7:00 – 15:00

 

Siedziba firmy:

Mana Mana Marcelina Rozmus-Prinz

ul. Andersa 58A, 83-200 Starogard Gdański

NIP: 5922228613

Dane do przelewów:

MANA MANA Marcelina Rozmus-Prinz

Nr konta (Millennium Bank):

39 1160 2202 0000 0003 9201 1149

Naczęściej zadawane pytania.

NEWSLETTER

Dołącz do newslettera i jako pierwsza poznawaj nowe kolekcje, limitowane dropy oraz specjalne oferty dla naszych subskrybentek.
Bez spamu. Tylko dobre wiadomości.

Dane personalne
Zgody pod formularzem
Social media:

Twój koszyk 0

Brakuje 400,00 do darmowej dostawy na terenie Polski.

Gratulacje! Darmowa dostawa na terenie Polski jest aktywna.

Koszt dostawy produktów fizycznych zostanie wyliczony w kolejnym kroku na podstawie Twojej lokalizacji

Suma:

Przejdź do podsumowania